Dreadsquad – The Riddim Machine

Swoją markę Dreadsquad wyrobił dzięki niezliczonym imprezom oraz popularnym mixtape’om. Założyciel skłądu, Marek,  miał jednak poważniejsze aspiracje, niż składanie mixów z czyichś produkcji i regularnie wplatał w nie numery stworzone przez siebie. Kolejnym krokiem było wydanie zestawu winylowych remixów i blendów “Play That Blend”, które były ostatnim przystankiem przed zupełnie już samodzielnymi wydawnictwami. Najpierw ukazał się debiutancki album Kacezeta “Stara Szkoła”, a niedawno – kompilacja “The Riddim Machine”.

Aby lepiej zrozumieć ideę “The Riddim Machine”, warto odwołać się historii muzyki jamajskiej i przypomnieć rolę jaką pełniła w niej od początku instytucja singla. Singla rozumianego zupełnie inaczej niż dzisiaj, kiedy pod tym pojęciem kryje się wybrana piosenka promująca szlifowany przez długie miesiące pełnowymiarowy album.

Singiel, niczym muzyczny komunikant, niósł brzmienie szybko i bezpośrednio od producenta do prostego człowieka, a tłoczony w kilku egzemplarzach dubplate stanowił jednocześnie świetne narzędzie badania rynku i gustu publiczności. Produkcje zdające imprezowy egzamin kwalifikowały się do tłoczenia już w regularnych nakładach (sito selekcji nie mogło było jednak zbyt surowe, bo do dziś na jamajskich strychach zalega sporo winylowego szrotu). Z tego powodu na pełnowymiarowe albumy składał się zwykle wybór utworów, które publiczność już poznała i zdążyła polubić. I właśnie taką płytą jest “The Riddim Machine”: to przede wszystkim kompilacja numerów wydawanych przez ostatnie dwa lata pod szyldem Dreadsquadu i satelickiego Soulfly Studio.

Trzon płyty stanowią digitalowe produkcje nawiązujące do najlepszych lat starego dancehallu i cechujące się klasycznym brzmieniem syntezatorów  i “ośmiobitowymi” efektami. Nieprzypadkowo jeden z riddimów nosi nazwę MT-41 – taki symbol nosi młodszy brat modelu syntezatora Casio, przy użyciu którego King Jammy zapoczątkował dancehallową rewolucję. 

Przez płytę przewija się plejada klasowych wokalistów – Dr Ring Ding, U Brown, Perfect, Ward 21 czy Kenny Knots rewelacyjnie radzą sobie z Dreadsquadowymi riddimami. “Living for Tomorrow” tego ostatniego sprawia nawet wrażenie, jakby był niepublikowaną produkcją z kultowego LP “Watch How The People Dancing”.

Ale Dreadsquad nie zapomniał i o tych mniej znanych artystach – z doskonałym efektem! Jednym z najciekawszych numerów jest “Any means necessary” ze świetnym, osadzonym w stylistyce Buju Bantona wokalem Blackout JA. Tropiciele kontekstów dostrzegą na pewno tekstowe nawiązanie do twórczości samego Gilla Scotta Herona. Do najjaśniejszych punktów płyty należy także interpretacja riddimu MT-41 w wykonaniu El Faty.

“The Riddim Machine” to kolejny krok na drodze, którą Dreadsquad podąża od wielu lat. Mimo wyraźnie zdefiniowanego dancehallowego mianownika, są na tej płycie wycieczki w inne muzyczne rejony (“International Currency” z połamanym “kwaśnym” brzmieniem, czy podszyte hammondowską słodyczą “When Jah Call” nawiązujące do złotych lat roots reggae). I dobrze, bo zdecydowanie urozmaicają wydawnictwo, które mniej wprawionym fanom reggae może miejscami wydać się nieco monotonne .

Jako zbiór singli “The Riddim Machine” broni się jednak znakomicie: składające się na album kompozycje nie bez powodu okupowały miesiącami listy najlepiej sprzedających się płyt w sklepach na całym świecie.

Soulfly, 2012


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.