Vavamuffin – Solresol

Jest rok 2005. Polska żyje opublikowaną właśnie listą Wildsteina i zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Rusza kanał TVP Kultura, a zmęczony Cimoszewicz usuwa się z polityki i zaszywa wśród żubrów. Wśród tej dziejowej zawieruchy polskie reggae ma się jako tako. Choć minęło już pięć lat od wydania ważnego album „B-3” Bakshishu, brakuje iskry która popchnęłaby scenę do przodu. Tę iskrę, a właściwie pożar, wznieca seria płyt: Jamal wydaje „Rewolucje„, Natural Dread Killaz „Naturalnie„, a Vavamuffin – „Vabang„. I nagle coś się zmienia – koncerty tej ostatniej grupy nie mieszczą się już w kameralnym CDQ, na pytanie o płytę roku pada zgodna odpowiedź: wiadomo, „Vabang„, a album ustala umowny początek ery nowożytnej w polskim reggae.

Jak daleką drogę przebyła od tamtej chwili scena, najlepiej widać po dzisiejszej obecności artystów z nurtu reggae w mediach. Historią (na szczęście) są już rozważania czy Vavamuffin ma moralne prawo wystąpić na festiwalu Top Trendy, a Marika promować swój projekt w kolorowej prasie. Piąty krążek stołecznej grupy ukazuje się więc w momencie, gdy reggae znów jest na fali: płynie szerokim strumieniem i bez kompleksów zdobywa kolejne przyczółki muzycznego rynku.

Bazą płyty pozostał klasyczny rootsowy puls („Radical Rootsman„, „Że warto„, „Ruff & Tuff„), ale coś dla siebie znajdą miłośnicy zarówno reggamuffin („Odrobina tej radości„) jak i dancehallu (singlowy „Nie pękaj„). Zwraca uwagę stonowany, momentami wręcz chill-outowy „Wektor„, świetnie zaśpiewany przez trio Reggaeneratora, Pablopavo i Gorga. Ten ostatni jest mocnym punktem płyty i kontrą dla dwóch pozostałych wokalistów. Ale ciekawiej robi się, kiedy zespół oddala się od Karaibów. W pamięci pozostają klezmerskie dęciaki w zaprawionym orientalnym wokalem „Pędź precz„, czy soulowy podkład zbudowany na fundamencie trąbkowego sampla z Ala Greena („Pa na tego typa„). 

Solowe płyty Pablopavo przyzwyczaiły nas do opowieści, które nie kończą się wraz z końcem dwuwiersza, mają czas na wstęp, rozwinięcie i zakończenie. „Solresol„, jak gdyby obawiając się etykietki „too long, didn’t read”, stawia raczej na poetykę polaroidów, obrazków z podróży, wrażeń z ulic miasta i imprez. Trochę mniej tutaj celnych, lapidarnych wersów zostających z nami na dłużej, chociaż Pablopavo tradycyjnie przemycił kilka wybornych językowych smaczków (by wspomnieć „Biorę tego mika / i znika mimika smutku„). Jest za to sporo śpiewania o śpiewaniu („Odrobina tej radości„, „Balsam” ze świetną gościnną zwrotką legendarnego nawijacza Macka B) i utyskiwania na pustkę czającą się za blichtrem celebryckiego życia. Solidne lanie dostają mainstreamowe media, schlebiające niskim instynktom i zainteresowane jedynie generowaniem zysków. Są i zgrzyty, bo czyż przystoi wokalistom z kilkunastoletnim stażem zasuwać zleżałe punche w rodzaju „Kocham to tak jak Unesco Timbuktu” albo „Robimy bum bum / jak Brudny Harry z Magnum„? 

Tytuł płyty odnosi się do stworzonego w XIX wieku sztucznego języka bazującego na skali muzycznej. Dobrany trafnie, bo charakter tego albumu dobrze oddaje porównanie do uniwersalnego alfabetu. Możemy poznawać go litera po literze, ale jeśli czytać już umiemy – specjalnego sensu to nie ma. Dźwiękowa fuzja „Solresolu” oszałamia bowiem stylistyczną rozpiętością i bogactwem aranżacji, w rezultacie balansując na granicy przesytu. Podsumowując: piąty studyjny album Vavamuffin to płyta poszukująca, eksperyment próbujący na nowo zdefiniować wspólny mianownik zespołu, nieco osłabiony przez nabierające tempa solowe projekty wokalistów. Ale jak śpiewa w skicie Junior Stress – „Vavamuffin, nie każdy tak potrafi, trzymać się tyle lat ekipą pełną braci„. Amen.

Karrot Kommando, 2013


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.