Agent Sasco – Chcę pisać piosenki, które owocują jak drzewo mango

Agent Sasco, dawniej znany pod pseudonimem Assasin, to jeden z najpopularniejszych jamajskich artystów. Na swoim koncie ma mnóstwo dancehallowych klasyków oraz cztery pełne albumy. Jego ostatni krążek, „Hope River”, ukazał się w 2018 roku. Mieliśmy okazję porozmawiać z artystą podczas jego wizyty w Polsce w 2019 roku.

[Bazyli i Paulina]: Zacznijmy od pytania, które dotyczy Twojej muzyki, ale także życia prywatnego. Na swoich profilach w social media oprócz zdjęć czy wpisów związanych z muzyką, często możemy zobaczyć Twoją rodzinę. Nie masz potrzeby rozgraniczania tych dwóch sfer?

[Agent Sasco]: To nie ma dla mnie specjalnego znaczenia. Nie mam problemu z wrzucaniem informacji, które się do tego nadają. Ludziom wydaje się, że widząc zdjęcie wiedzą już wszystko – ale przecież tak nie jest. Wrzucam to, czym mogę się podzielić.

Przeglądając Twoje zdjęcia zobaczyliśmy, ze w swoim ogrodzie hodujesz banany – ale podejrzewamy, że to nie wszystko?

Tak, to będzie długa lista! Mam jeszcze plantany, banany, cynamon, soursop, pomidory, paprykę, ananasy, ackee, chlebowiec, maliny, truskawki, pomarańcze, limonki, cytryny i lichee. A moje drzewo guava właśnie po raz pierwszy zaowocowało – i to akurat kiedy nie było mnie na Jamajce, ale ogrodnik przysłał mi zdjęcie.

Czyli tak duży ogród wymaga pomocnika?

Tak, sam nie dałbym rady! (Sasco pokazuje zdjęcie) – zobaczcie, są już dwa owoce! To jeszcze małe drzewko, tu z tyłu widać jabłoń (otaheite), która jest typowym jamajskim owocem. Trochę tego jest, a ja wierzę w samodzielne hodowanie jedzenia.

My ojciec miał ziemię w St. Catherine i często zamiast obiadu po prostu zrywaliśmy owoce z drzew – mango, kokosy, guava, cokolwiek akurat znaleźliśmy. Bardzo to lubiłem. Co prawda nie mam aż tak dużej działki, ale ten ogród wystarcza na nasze potrzeby.

Myślisz, że ogrodnictwo przypomina trochę proces tworzenia muzyki?

Tak, zdecydowanie, bo jednocześnie jest artystyczną kreację, ale i podążaniem za precyzyjną wizją. Mam bardzo poukładany umysł – jeśli z prawej strony rośnie rząd drzewek oliwnych, to mogę precyzyjnie zaplanować, co powinienem posadzić obok i w jakiej odległości. Tak samo robię, kiedy tworzę muzykę. Dobieram dźwięki i melodie w sposób, który mi odpowiada, ale nieprzypadkowy. Wszystko ma swoje miejsce – tak samo jak z roślinami. Sadzę te, które są dla mnie istotne i z których mogę mieć jakiś pożytek. Kiedy byłem mały, bardzo lubiłem owsiankę, dlatego zasadziłem dwa krzewy cynamonu – i już, mam zawsze świeżą dostawę. A tego krzewu nie spotkasz w większości jamajskich ogrodów.

Podobnie jest z muzyką, tworzę ją z serca i dzielę się rzeczami, które są dla mnie ważne. Szczególnie na moim ostatnim albumie. Tych podobieństw jest więcej, na Jamajce mówi się, że możesz posiać callaloo (warzywo podobne do szpinaku – przyp. red.), zebrać kilka razy plon i tyle. Ale możesz też sadzić i dbać o drzewa, które będą owocowały i karmiły Cię przez całe lata.

Kiedy byłem młody, jeden ze starszych artystów powiedział mi, że powinienem starać się pisać piosenki, które będą jak drzewo mango. Takie, z którymi będzie można jeździć w trasy koncertowe i które będą ciągle żyły, rok po roku. Nie chcę pisać piosenek takich jak callaloo, które szybko się pojawiaja i tak samo szybko znikają…

To świetne porównanie, a jednocześnie zgodne z ideą „zrob to sam” DIY, która niejako przyświecała Twojemu ostatniemu albumowi ”Hope River”…

Tak, i poprzedniemu!

Ale to jednak z powodu „Hope River” wybudowałeś w domu własne studio nagraniowe? Jak ważna jest dla Ciebie kontrola nad procesem tworzenia muzyki od początku do końca?

Nie muszę kontrolować wszystkich aspektów. Akurat przy dwóch ostatnich albumach była taka techniczna potrzeba, a ja miałem możliwość się w to zaangażować. Kiedy nagrywałem pierwszy album, szybko uświadomiłem sobie, że tylko własne studio zapewni mi możliwość pracy w moim rytmie. Do tego jestem w takim momencie, że nie chcę uzależniać się od niczego z zewnątrz. Interesuje mnie to, co chce powiedzieć, a mniej to, jak zostanie to odebrane i czy publiczność to kupi.

Chce, żeby moja muzyka broniła się sama i chce, żeby ludzie to czuli i doceniali. Przy kolejnych wydawnictwach może zmienię trochę sposób działania, bo teraz działamy w większym zespole z moim managementem.

Wracając do Twojej rodziny – Twój syn był aktorem, który wystąpił w jednym z Twoich teledysków?

Tak, w „Mama Prayed!”

Jak widzisz jego przyszłość – czy wolałbyś, żeby dorastając był bardziej jak Assasin, czy Twoje obecne wcielenie – Agent Sasco?

Chciałbym, żeby każde z moich dzieci odnalazło w życiu swoją pasję, coś, co kochają robić. A ja będę ich w tym wspierał. Jeśli chodzi o moje dzieci, nie używam słowa „chciałbym żebyś był taki, była taka”. Naszym zadaniem jako rodziców jest być obok nich i ułatwiać im spełnianie ich własnych marzeń. Nie, nie mam oczekiwań.

Ty chwyciłeś za mikrofon mając 5 lat. Czy Twoje dzieci też interesują się muzyką?

Byłem nawet trochę młodszy, kiedy zacząłem śpiewać. Moja córka Lauren już zapowiedziała, że chce zostać piosenkarką, uwielbia też teatr. Joshua całymi dniami ogląda swoje ulubione teledyski na Youtube (i szybko kończy mu się limit czasu na używanie tabletu), a Alia tańczy i jak każda nastolatka fascynuje się tym, co akurat jest popularne.

Ale to Lauren cały czas pyta mnie – „tato, kiedy znowu zabierzesz mnie do studia? Kiedy będę mogła cos nagrac?” Wypuściła już nawet piosenkę, w której występuje też Joshua, znacie?

Chyba nie!

No nie! Jak to? Nagrali razem utwór o swojej pasji – jedzeniu, pod tytułem „I’m a foodie”. To świetny numer, zaraz Wam go puszczę!

[Oglądamy razem teledysk]

Daje radę, prawda?

Tak! W Twoim rodzinnym domu raczej panowała dyscyplina. Ty wydajesz się być bardzo blisko swoich dzieciaków – czyli zmieniłeś cos w sposobie ich wychowania?

Jasne, starałem się ulepszyć te rzeczy, które mogłyby spowodować, że ja sam miałbym lepsze dzieciństwo. Ale to nie znaczy, ze moje dzieci wchodzą mi na głowę, niektóre rzeczy, które są dla nich dobre, niekoniecznie musza się im podobać.

Kiedy zostałem ojcem, szybko uświadomiłem sobie, że nikt nie dołącza do dziecka instrukcji obsługi. Wszystkiego musisz nauczyć się w praktyce. I to jest cudowne, musisz cały czas się uczyć. Robię to, co czuje. Moim prawdziwym zadaniem jest pomoc im rozwinąć ich własny potencjał. I pozostać skromnym gościem, który wie, ze nie zjadł wszystkich rozumów. Nie musze być idealny – chodzi o to, by być wystarczająco dobrym, dać z siebie wszystko.

Lubisz być niezależny, zarówno w codziennym życiu, jak i w muzyce. To co robisz nie do końca wpisuje się w główny nurt jamajskiej sceny dancehallowej, szczególnie w warstwie tekstowej. Czy czujesz się częścią sceny?

Moją misją od zawsze było dokładanie swojej cegiełki do tej sceny, zacząłem już jako młody chłopak. Po prostu to robię. I oczywiście czuje się częścią sceny, to jest moja muzyka. Ta muzyka to pierwsza rzecz, jaka pokochałem w życiu. Muzyka jest najważniejsza dla mnie i dla wielu ludzi, a na Jamajce to podstawa naszej kultury.

Chyba nigdy nie byłem bardziej połączony z muzyka niż teraz. Mam 36 lat, zacząłem występować w wieku 6 lat, a moja kariera na scenie zaczęła się gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Dlatego wspieram młodych artystów, staram się ich zachęcić. W moim numerze „Star Buss” śpiewam, ze to świetnie, ze wybucha kolejny talent, nowa gwiazda, Koffee, Shensea. To naprawdę wspaniałe!

W ubiegłym roku wręczyłeś swoja płytę premierowi Jamajki, jak do tego doszło?

To podkreślenie faktu, ze muzyka jest nieodłączną częścią Jamajki, naszej historii, ale i ekonomii. Do tej pory było raczej tak, że muzyka nie była tak poważana, jak inne gałęzie gospodarki, jak np. turystyka. Muzyka miała zawsze pod górkę. Mam nadzieje, ze uda nam się przezwyciężyć to sztywne myślenie i docenić wkład reggae i dancehallu w promocje Jamajki.

Poza tym to miły zwyczaj, w USA robią tak np. koszykarze z NBA. Cieszę się, że premier chętnie zgodził się na spotkanie. Może to zapoczątkuje nowy trend i nowe otwarcie w tych relacjach.

Oko Onoura, gość festiwalu w Ostródzie w 2019, powiedział w wywiadzie z nami: „rewolucja musi zacząć się od świadomości, dopiero wtedy można wprowadzić trwała zmianę i zmienić rzeczywistość dookoła”. Jakie jest Twoje podejście do tej kwestii?

Pierwszy raz zobaczyłem, jak złożony jest to temat podczas zajęć z socjologii. Trwały dwa lata i otworzyły mi oczy, pokazały, że codzienne życie jest wypadkową wielu czynników. Przyglądam się temu w moich tekstach.

Wydaje mi się, ze zmiana w przekonaniach lub w moralności to zawsze efekt współdziałania kilku czynników. Zobacz, nawet jeśli muzyka zrobi swoja cześć, to zawsze zostają inne kwestie. Nasze społeczeństwo zmienia się choćby z uwagi na nowe technologie. I my i nasze dzieci jesteśmy wystawieni na zupełnie nowe bodźce i wyzwania, których na dobra sprawę jeszcze nie zrozumieliśmy, nie umiemy z nimi żyć.

To są rzeczy, których nie było kiedy ja dorastałem i martwię się tym, bo nie jestem w stanie być wsparciem dla moich dzieci. Trzeba sporo improwizować, bo kto wie, jak będzie wyglądał świat za dziesięć lat, kiedy Joshua będzie nastolatkiem? Śpiewam też o tym w numerze „Change” – kiedy i skąd przyjdzie ta zmiana?

Można to sobie wyobrazić tak: przed Tobą jest wielkie, wyschnięte jezioro, które musisz napełnić wodą. Stoisz przed nim i wydaje Ci się to niemożliwe. Przecież nigdy nie dam rady tego zrobić. Ale jeśli ty wlejesz 100 litrów wody, a ktoś obok wleje swoje 100 litrów wody i tak dalej – to wreszcie pracując wspólnie zobaczycie, ze poziom wody się podnosi.

Myślę, że rewolucja albo zmiana wydarzy się wtedy, kiedy każdy z nas zrozumie, że ma w niej do odegrania niedużą, ale ważną rolę. Nie można tylko siedzieć i liczyć na to, że ktoś naprawi świat za nas.

To tak jak z Twoim ogrodem – trzeba samemu zakasać rękawy.

Tak. My, Jamajczycy, jesteśmy narodem wyspiarskim, który jest mocno uzależniony od importu. Regularnie grożą nam huragany, wszyscy próbują się przed tym zabezpieczać, wykupując na gwałt niezbędne artykuły. To koszmar. Wtedy widać, jak niewiele potrzeba, aby nasze społeczeństwo cofnęło się do poziomu chaosu.

W Kingston jest duży zbiornik retencyjny, który coraz bardziej wysycha, bo od miesięcy prawie nie padało, co w konsekwencji może zagrozić dostawom wody. Ale popatrzcie, przecież można złapać deszczówkę i podlewać nią ogrod, umyć samochód, ja właśnie tak robię. Można planować i w bardziej racjonalny sposób gospodarować zasobami, które mamy.

Na koniec pytanie już stricte muzyczne – Twój korespondencyjny, przyjacielski clash z Shaggym odbił się szerokim echem w mediach. Czy ta inicjatywa ma szansę przerodzić się we wspólny album?

To  było świetne doświadczenie, które bardzo spodobało się ludziom. Ale następny clash zamierzam zagrać… sam ze sobą – Assasin vs. Agent Sasco. To będzie coś, ale jeszcze nie wiem czy wydam to w formie EP, mixtape’u czy pełnego albumu. Ale wiem, że na pewno powstanie, bo ludzie na to czekają!

Dziękujemy za wywiad – i powodzenia!


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.