Gutek – Facet musi być trochę przyżulony

Ileż potrafi się zmienić w ciągu roku! Gutka wraz z zespołem będziemy mogli zobaczyć już 9 lipca na głównej scenie Ostróda Reggae Festival 2022, na której pojawią się największe jamajskie gwiazdy z Julianem Marleyem, czy Maxem i Xaną Romeo na czele. Festiwal wraca w takiej formie, w jakiej znamy go od lat. Tymczasem rok temu rozmawialiśmy z Gutkiem po jego występie w ostródzkim amfiteatrze, na mocno okrojonej edycji ORF, która odbywała się wciąż w cieniu pandemii. Jeżeli jesteście ciekawi jakim piwem byłby Gutek z zespołem, jaki powinien być facet, czy skład gra wesela i czy przewidywania sprzed roku są jeszcze aktualne, zapraszamy do rozmowy.

Jak “stan rzeczy” po koncercie?

Analiza samokrytyczna zawsze następuje. Nie jesteśmy huraoptymistami, którzy notują w dziennikach: „I znowu sukces” (śmiech). Nie, podchodzimy do tego w ten sposób, że znowu coś tam nie wyszło, znowu nie zrobiliśmy tego co chcieliśmy, że na próbach tak fajnie szło, a tutaj się nie udało. Trochę analizujemy, że tu zabrakło dynamiki trochę, że tutaj wkradła się niepewność, tam coś innego, choć bez zbędnego biczowania. Trochę podnosimy się na duchu, trochę żartujemy. Młody, nasz perkusista, jest w tym mistrzem: „ja dobrze, ci też, a reszta się podciągnie” (śmiech). Więc leczymy te kompleksy, ale zawsze zaczynamy od tego jak zagraliśmy, czy kupiliśmy i porwaliśmy ludzi.

To był wasz pierwszy festiwal tego sezonu?

Tak. W Ostródzie, to wiadomo, już jak w domciu, nie? Chociaż zawsze mam z tyłu głowy lęk, że ten mój projekt nie wpisuje się tak do końca w nazwę festiwalu. To jest “reggae festival”, a ja wiem, że gramy nuty, które od reggae są dosyć daleko. Mam nadzieję, że mimo wszystko nikogo nie obrażę, gram to na co mam ochotę i to co czuję.

Myślę, że w Ostródzie nie pojawia się przesadnie obrażające się towarzystwo.

No nie, ale spotkałem Hejena (stage manager festiwalu – przyp. red.): „Słuchaj, jechałem i tak słyszę, wy gracie country? Kurwa, odważnie” (śmiech). Ale widziałem, jak na widowni szurali, jak tam skakali, także w ogóle zajebiście.

W Ostródzie jest jeszcze jeden festiwal z nieco innym gatunkiem muzycznym.

Ja wiem, disco polo. Właśnie, jak Hejen nas zobaczył, ubranych tak na biało, to mówi: „Kurde, wam się festiwale nie pomyliły?” (śmiech). No szydera, wiadomo. Ale rzeczywiście, byliśmy dzisiaj na jasno i byśmy pasowali – wizualnie przynajmniej – na ten drugi festiwal. No tak się złożyło, jest lato i latem fajnie się na jasno ubrać.

Myślę, że publiczność, paradoksalnie, też nie zawsze przyjeżdża na Ostródę tylko dla reggae. Znamy takie osoby, które jeżdżą przede wszystkim towarzysko i też sobie cenią, jak pojawiają się muzyczne wycieczki w różne strony.

Słuchajcie, pamiętam, graliśmy kiedyś… Już nie pamiętam, która to była edycja Ostródy, ale graliśmy z Indios Bravos w prime time na dużej scenie  – bywa – nie zagraliśmy tak, jak byśmy chcieli. Następnego dnia graliśmy na Hunter Feście, pomiędzy Napalm Death a Behemotem i tam daliśmy najlepszy koncert w ogóle tamtego lata! Byliśmy tak zmotywowani i tak zajebiście nam się grało. A ci metale w ogóle jacy zajebiści ludzie i w ogóle tam przyszło też dużo naszych fanów, oprócz czarno, zrobiło się trochę zielono też, tak po koszulkach wnosząc. Ale jak ktoś, wiesz, nie miał ochoty nas słuchać, to szedł na piwo. A było mistycznie, wiał taki wiatr, taka bryza znad jeziora, w ogóle, nie, no odlot, słońce zachodziło, cudowny klimat. No i tamten koncert był takim właśnie, wiesz, czymś, o czym muzycy marzą, wchodząc na scenę, nie? I też tam czuliśmy, że, no jesteśmy znowu z innej bajki i musimy ich w jakiś sposób, tam, wiesz, nie obrazić, a przekonać?

A więc lubisz wejść z reggae w miejsca, gdzie ono pozornie nie do końca pasuje…

Tak. Jasne, że tak.

…a równocześnie do reggae wnieść coś nieoczywistego?

Oczywiście, że tak! Jest dużo kapel, które są mocno zamknięte w ramach gatunku. I jeżeli tak długo grasz, to osiągasz pewien styl, taki bardzo rasowy. Ale ja nigdy nie chciałem się koncentrować na tym, żeby być rasowym. Ja chciałem zawsze eksplorować, uczyć się czegoś, zmierzyć się z czymś. Nie miałem nigdy marzenia by być typowym wokalistą reggae, albo dancehallowym nawijaczem, albo raperem, albo gwiazdą pop, albo kimkolwiek innym. Często ludzie się formatują w swych pragnieniach w taką stronę. I dla jednych to widocznie jest dobra droga, a dla innych – tak jak w moim przypadku – mniej atrakcyjna.

A w drugą stronę? Zdarzyło ci się napisać kawałek i stwierdzić, że za mało tam jest tego kija w mrowisko, że to zbyt klasyczne reggae albo country? (śmiech)

Nie wiem. Utwory w momencie powstawania są takimi jakby wykwitami potrzeby. Nagle coś cię kręci, coś ci się uda, albo masz po prostu pomysł na to. To się samo czasami pojawia, nie jest to kalkulacja, ani plan w punktach napisany, co zrobić, żeby się nie narobić, a żeby było super, nie? (śmiech)

Ten materiał, który usłyszeliśmy też powstawał w dość specyficzny sposób. Ty z tym materiałem już tu w Ostródzie byłeś. To były niby te same utwory, a jednak brzmiały troszeczkę inaczej. Rozumiem, że proces powstawania i testowania tego na żywo, to było ważne założenie przy tej płycie?

Zdecydowanie tak. Chcieliśmy skorzystać z możliwości studyjnych i zaprosić przedstawicieli różnych gatunków. Ci muzycy może nie będą z nami jeździć na wszystkie koncerty, bo najnormalniej w świecie nas nie stać, żeby taki band stworzyć i ruszyć z nim w trasę. Poza tym nie zmieścilibyśmy na tych małych klubowych scenach (śmiech). 

Czułem, że do niektórych rzeczy będzie lepiej zaprosić kogoś spoza środowiska reggae. Na przykład tak sięgnąłem po Borysa Sawaszkiewicza, klawiszowca ze Szczecina, który między innymi gra w kapeli Czango, ale jest też i perkusistą i klawiszowcem i realizatorem. Współpracuje z Maciejem Balcarem i ma swoje studio Stop No Record. On jest takim jazzowo-bluesowo-funkowym, groowowym klawiszowcem i w kilku utworach jego partie się znalazły. Zaprosiliśmy też Filipa Tarnawskiego, który wiedział, jak nam właśnie pa-upa-up zrobić idealnie, żeby było tak, jak ma być. Pojawił się K-Jah, który wiadomo też, że swoimi pomysłami, soundami zawsze dodaje po prostu takie “wow”, takie masełko. To było bardzo fajne, że mogliśmy z takimi ludźmi współpracować.

No i pojawił się też Michał Jakubczak, który jest z kolei muzykiem jazzowym. On na przykład nagrywał solówkę na pianinie w utworze „Góra-dół”, który trochę się odnosi może nie do pijaństwa, ale do spożywania alkoholu. Ja go prosiłem, tłumaczyłem, żeby nagrał solówkę taką trochę jakby knajpianą, jazzową, narąbaną, ale z przyspieszeniami, zwolnieniami. A on to od strzała po prostu, takie rzeczy grał, że ostatecznie po prostu mówię: „Wiesz co, Michał, to przepraszam cię, ja ci już nic nie mówię, tu masz pianino i sobie graj, a potem sobie coś przebierzemy” (śmiech). No i genialne to było! Bardzo mi się to podoba, ta muzykalność ludzi, którzy mają w palcach takie rzemiosło, o którym ja mogę tylko pomarzyć. Ja nigdy nie będę miał takich skilli, ale mam na tyle duże szczęście, że mogę współpracować z ludźmi, którzy je mają i pomagają mi się wydźwignąć do góry (śmiech).

Dla ciebie to też trochę nowa rola, po raz pierwszy jako pełnoprawnego kapitana okrętu?

No tak.

Czujesz się jak debiutant jeszcze?

Tak, jak debiutant, ale również jak weteran (śmiech). To jest takie porąbane, jak Maryla Rodowicz na „Debiutach” w Opolu, nie (śmiech)? Ale, no jest w tym coś. Rzeczywiście, wcześniej byłem zawsze gościem albo frontmanem. Współtworzyłem przez lata z Piotrkiem Banachem Indios Bravos, gdzie trzon zespołu tworzyliśmy my, ale to Piotr był człowiekiem, który wiedział, co zrobić, jak zrobić, miał pomysły i tak dalej. Ja, jak go poznałem, miałem szesnaście lat, a on miał trzydzieści. Chodził w skórzanych spodniach i był gwiazdą rocka, a ja chodziłem do liceum, gdzie się zastanawiałem: „Kurde, jak tu tę chemię zdać, albo tę fizykę ogarnąć? Może pomaluję kraty w pracowni, to dostanę tróję? (śmiech)

Bardzo dużo się nauczyłem dzięki Piotrkowi i zawdzięczam mu bardzo wiele. Myślę, że wynikiem tych nauk jest to, że teraz sam wiedziałem mniej więcej, jak bym chciał zbudować swój projekt. Na jakich relacjach, jak to powinno wyglądać i jak funkcjonować. Cieszę się, że udało mi się w tej roli odnaleźć, bo nie byłem na pewny tego, czy uda mi się to udźwignąć, czy nie będę musiał się zwrócić z pomocą do kogoś, żeby mi pomógł napisać muzykę i tak dalej. Na całe szczęście nie miałem aż takiego wielkiego ciśnienia na to, żeby to się wydarzyło już, od razu, że teraz to jest być albo nie być i tak dalej. Powolutku sobie tam dłubałem, przede wszystkim szlifowałem gitarę. I tak jestem marnym gitarzystą, ale wystarczyło mi tego mojego grania na tyle, żeby móc komponować – odnaleźć na tej gitarze formę utworu, jakieś pomysły, harmonie i tak dalej, a później to wytłumaczyć i przekazać kolegom.

Jak tych pomysłów mi się nazbierało już tak grubo ponad stówę, to sobie myślę: „No dobra, ale tu trzeba jakieś piosenki teraz z tego porobić”. Wiedziałem, że nie nagram wszystkich partii instrumentalnych, więc zacząłem nieśmiało szukać ludzi do współpracy. Naturalną koleją rzeczy było to, że chciałem ich mieć blisko siebie… Ja jestem z Katowic i tam stacjonuję na co dzień. Mam wielu kolegów w różnych miastach, ale w Katowicach aż tak środowiska muzycznego nie znałem. Na całe szczęście zadziałała moc internetu i potęga social mediów.

To gdzie się szuka członków zespołu, na Tinderze?

Nie (śmiech). Poszło po prostu pocztą pantoflową, że Gutek szuka i parę osób się zgłosiło do mnie z propozycją. Spotkałem się tylko z dwoma i już z tą drugą osobą zdecydowałem, że tak, to jest to. Tą osobą był Dawid Majkowski, wcześniej grający w zespole Roots Rockets, a jeszcze wcześniej Radio Propaganda. Miałem przyjemność z nim współpracować w studio przy okazji gościnnego mojego featuringu z Beniaminem, który był wokalistą Roots Rockets – to był dalej ten sam zespół, tylko pod szyldem Beniamin. Nagraliśmy wspólnie utwór i kręciliśmy też klip. I wtedy poznałem Dawida osobiście, ale nie rozmawialiśmy w ogóle o tym, żeby coś tam razem zrobić, coś stworzyć. A kiedy te wici  zostały rozpuszczone, to Dawid się zgłosił – „w sumie ja ci mogę pomóc, możemy coś tam podłubać, możemy zobaczyć, pokaż, co tam masz” (śmiech). Okazało się, że Dawid ma od razu pomysły, że demówki mi poprzesyłał od razu. To były już bardzo fajne i wartościowe rzeczy, ale od tamtego momentu upłynęło bardzo dużo wody w Wiśle.

I najpierw Młody, czyli perkusista, brat Dawida, dołączył do składu. I bas. „Ty tam Gutek możesz na akustyku coś podegrać, Maniek zagra tutaj, wrzucimy sobie do samplerka, jakieś klawiszki, no ale bas musi być, nie”? Więc szukaliśmy basisty – podobnymi drogami, też przez internet, ludzie przysłali nam filmiki jak grają. Jak zobaczyliśmy filmik Janka, no to mówimy, „wow, o ja cię, ale ma artykulację, ale fajnie jedzie, brzmi mu to spod palucha fajnie”. Dodatkowo był to ktoś z polecenia, nasz wspólny znajomy ręczył za niego, że to jest bardzo fajny człowiek.

Szukaliśmy przede wszystkim fajnych ludzi, którzy chcą tworzyć projekt, a nie sidemanów, którzy chcą chwycić joba i potem nam powiedzieć: „a wiesz, nie mogę, bo muszę jechać gdzieś z kimś innym”. Założenie było takie właśnie, że budujemy zespół, a nie chałturnię (śmiech). Dlatego pierwsze pytanie, które zadaliśmy Jankowi jak przyszedł na spotkanie brzmiało: „grasz wesela”? (śmiech). To miała być taka niegroźna szydera, a Janek, taki skonsternowany, odpowiada nieśmiało: „no jak trzeba…” (śmiech) Ale potem go poklepaliśmy po plecach i pocieszyliśmy – „nie, Janek, nie będziemy grać wesel…” Nie ujmując nikomu, kto gra wesela, ale to nie jest nasza materia. Poza tym, tam trzeba bardzo długo grać i trudno jest to na trzeźwo znieść, a fajnie ma tylko perkusista, bo do centrali można dużo butelek wódki schować. A co ja bym tam, w mikrofon lał? (śmiech).

I tak to wyglądało. Od tamtego momentu była praca w sali prób, była pierwsza trasa koncertowa, na którą zaprosił nas Wojtek Wojda z Farben Lehre. Pojechaliśmy na Punky Reggae Live, gdzie występowaliśmy obok Farben Lehre, ale też Analogsów, Big Cyca, Closterkellera i wielu innych kapel, gdzie też nie do końca pasowaliśmy stylistycznie, ale jednak ta formuła wielogatunkowości się sprawdzała. Fani Analogsów na naszym występie, nie byli może w pierwszym rzędzie, ale byli na tym koncercie, bawili się i nie wychodzili. Tak samo nasi fani na koncertach Analogsów i Farbenów, ja też gościnnie występowałem z Farbenami. Znowuż Janek, nasz basista, jest wielkim fanem Analogsów – muzyk po Akademii Muzycznej jest fanem Analogsów, zna piosenki, płyty, śpiewa teksty, w ogóle odlot totalny.

Mnie to w ogóle nie dziwi, sam jestem wielkim fanem Analogsów. Tak teraz się zacząłem zastanawiać, jak byś wyglądał na featuringu z Analogsami?

Byłem już z nimi na scenie i śpiewałem „Pierdoloną erę techno” (śmiech). Ale to były tylko koncertowe featuringi. To są tacy cudowni ludzie. Ja się Pawła trochę bałem, na początku, jak go poznałem, ale myślę, że nie ja jeden. Bo wiedziałem, że on jest zawodnikiem brazylijskiego jujitsu, taki wiesz, zakapior trochę, a tu się okazało, że on jest taki misiek zajebisty. To znaczy nie powiem mu tak w twarz – „ty jesteś misiek zajebisty” (śmiech). Sorry Paweł, oczywiście, że pełen szacun, rozumiesz, nie? (śmiech) To są ludzie, którzy inspirują swoim sercem do tego, co robią i jak robią. Na tych trasach mieliśmy okazję właśnie z takimi ludźmi się przecinać i to było zajebiste.

Ja i Janek właśnie pod wpływem pana Pawła zaczęliśmy przechodzić najpierw na wegetarianizm, a później na weganizm i już od jakiegoś czasu właśnie tak się odżywiamy. A to była taka zajawka, którą widziałem właśnie u chłopaków – oni się super trzymają, fajnie się prowadzą, dobrze się szanują, ćwiczą i tak dalej. Czułem, że to jest fajny moment dla mnie, żeby też taki ruch wykonać. Już kiedyś, dawno temu, miałem jakieś przygody z wegetarianizmem, ale potem znowu jadłem ryby, mięso. Uwielbiam kulinaria, kocham mięso i trochę się czuję ograniczony, ale mimo wszystko, czuję się szczęśliwy z tym swoim małym wyborem, bo z tyłu głowy wiem, że jest słuszny (śmiech).

Niejednokrotnie mówiłeś o tym, że ważne jest dla ciebie to, żeby dbać też o siebie.

No bez przesady, facet musi być trochę przyżulony, no (śmiech)!

Ważne słowa, pójdzie na tytuł! Ale masz jakieś swoje małe rytuały?

Kiedyś dbałem o to o wiele bardziej niż teraz i ubolewam nad tym, ale bez żadnego tam żalenia się i rozczulania, bo dalej jestem aktywny, jeżdżę na rowerze, pływam, chodzę z dziećmi na spacery i w góry. Mam zawsze dobre tempo, stamina jest cały czas o’right. Więc nie narzekam, ale nie dbam o siebie tak, jak kiedyś dbałem – kiedyś miałem dużo zajawki i czasu. Zanim się dzieci urodziły, to chodziłem 3-4 razy w tygodniu na jakieś treningi wydolnościowe i żelazo się dźwigało i łapa była. Wszystko się tam zgadzało, nie? (śmiech).

Może jeszcze kiedyś znowu poważniej podejdę do zdrowia pod tym kątem. A obecnie odrzuciłem spożywanie mocnych alkoholi. Dziś sobie pozwoliłem wyjątkowo, po koncercie, na drinka z whisky, bo czuję, że on mnie tak rozluźni bardzo, a byłem trochę napięty i zestresowany. Ale takim ruchem, też sprzed chyba 8 lat, było przekonwertowanie się na rzemieślnicze piwo, które przysporzyło mi niejeden kilogram zbędny tu i ówdzie, ale mimo wszystko jest to miłość z wzajemnością, wydaje mi się. Piwo mi towarzyszy jako taki kompan. Oczywiście, bez jakiegoś tam wielkiego przesadyzmu i nadużywania, ale wszedłem w te krafty tak, że uch, I love. Naprawdę. I cały mój zespół też jest tak mocno zajawiony na piwa rzemieślnicze. Mamy swoje hasełka, swoje szyfry i grypsy, związane z projektowaniem – bo to się nazywa projektowanie, a nie picie (śmiech). 

Ale jak jesteśmy bardziej tacy swawolni i mniej kulturalni, kiedy bardziej przypominamy wieprze, wtedy walimy do ryja (śmiech). I na przykład w jednej piosence taki jest ładny refren: „gdzie aż strach pomyśleć, co będziemy lać do ryja”. Brzydko, jak tak można pisać? No można, można przeklinać, można wszystko, bo to chodzi naprawdę o walenie do ryja. Po prostu jak się projektuje jakiś wieczór wesoły, to się po prostu wali do ryja, no i tyle.

Czasem inaczej się nie da. 

No. I bez kurtuazji wielkiej i rozczulania się. Wiem, że i tak radio żadne tego nie puści, więc co mi tam. Ja mówię to co czuję, choć oczywiście nikogo nie namawiam do alkoholu i do używek. Każdy swój rozum ma i niech każdy za siebie odpowiada.

To teraz trudne, filozoficzne pytanie: jakby twój zespół był piwem, to jakim byłby piwem?

Session IPA (śmiech).

Takim prostym? Nie jakaś Wędzona IPA na dzikich drożdżach?

Double Dry Hopped Session IPA. To by była sesyjna IPA, taka właśnie wiesz, co ma znamiona gatunku, nie upadla za bardzo (śmiech). Jest dosyć lajtowa, ale jest taka, jak lubimy (śmiech). Dla mnie to by było to. Double Dry Hopped, bo chłopaki mają świra na punkcie brzmień, więc to by było takie podwójne chmielenie na zimno,

A jak ci ten pandemiczny czas mijał?

W cholerę zarosłem (śmiech).

Fryzjerów nie było, no tak.

Nie było fryzjerów. Na początku miałem taką paranoję, jak każdy. Te pierwsze dwa tygodnie to każdy miał lekką schizę i tak sobie myślę: „kurde, a jak mi się te browary skończą?” Więc jadę do Birlandu w Katowicach, najlepszego sklep piwnego w Polsce. Drugi najlepszy sklep piwny w Polsce to Browarium w Słupsku.

To znów daleko.

Więc jadę do Birlandu (śmiech). I rzeczywiście, absurdalne ilości sobie nakupowałem, półki w spiżarce mi się uginały. I jeszcze do knajpy takiej, do której też zwykłem chodzić, też po zaopatrzenie się udałem. Tam już po zagraniczne piwa, bo tam się pije właśnie głównie Anglię, Holandię, Amerykę, Niemcy. A Niemcy dobre są. Takie klasyczne, dobre! (śmiech). No i miałem tego browaru od zatrzęsienia. Tak sobie myślałem, że gdyby się miały nagle łańcuchy dostaw skończyć, to całkiem logicznie myślałem, że trzeba zapasy mieć, nie?

W moim lokalnym sklepie był taki moment, że belgijskie piwa przestały przychodzić, a półki zaczęły świecić pustkami.

No widzisz. A ja byłem przezorny i u mnie nie zdążyły zaświecić pustkami (śmiech). No i te pierwsze takie absurdy, wiadomo. Strasznie mi brakowało grania, spotykania się, to najbardziej było uciążliwe. Również maseczki mega uciążliwe i chodzenie do tych sklepów, stanie w tych kolejkach, gdzie jeden kaszle, drugi coś tam… To było coś takiego, co przeformatowało funkcjonowanie strasznie. Powiem szczerze, że czułem się trochę bezradny, bo nie byłem już sprawczy wobec moich planów, wobec tego, jak moje życie się toczy. Coraz mniej nagle zależało ode mnie. Nie jest to komfortowy stan, więc sobie kompensowałem, i jak już dzieci poszły spać i żona poszła spać, to sobie otwierałem te browary. Jedno, dwa, trzy sobie pozwalałem wypić, żeby się wyluzować. No i taką kolekcję tych pustych butelek i puszek nazbierałem, że jak zrobiłem zdjęcie chłopakom, to wyglądało mega grubo (śmiech).

Kolekcja?

No tak, bo to były same sztosy, tak zwane (śmiech).

W wywiadach, które dawałeś przy okazji wydania płyty, brzmiałeś dość pesymistycznie: „nie spodziewam się, żebyśmy szybko wrócili do koncertowania, raczej żadnych tras nie będzie”. Teraz bardziej optymistycznie patrzysz w przyszłość?

Bardziej, oczywiście, ale to wcale nie znaczy, że z jakimś hurra optymizmem. Zakładam, że powrót do funkcjonowania branży, zależy od ludzi, chodzących na koncerty do knajp. Ważne jest, żeby nie było tam ograniczeń, bo przecież chodzi o to, żeby do klubu weszło jak najwięcej ludzi.

Ma być ciasno, gorąco.

Dokładnie, wtedy wiadomo, że przyjechała zajebista kapela, wtedy wiadomo, że ludzie się zajebiście bawili. Oczywiście, w małych, kameralnych wnętrzach też są piękne koncerty, ale biznes wymaga nie 50% wypełnienia sali, tylko wymaga minimalizowania kosztów, a te do poziomu 50% wypełnienia często nawet się nie zwracają. I to nie tylko zespołom muzycznym, ale przede wszystkim organizatorom, którzy muszą wynająć nagłośnienie, oświetlenie, zakwaterowanie dla zespołu. W takich realiach jak koncertowaliśmy do tej pory, po prostu koncertować nie można. Zdarzyło nam się w przerwie pomiędzy obostrzeniami pojawić w kilku miejscach i niektóre koncerty przypominały te, co graliśmy kiedyś. Ale w niektórych były też takie absurdy, jak jakiś pleksiglas za sceną. I oczywiście od wejścia do klubu maseczka, na dzień dobry żółwiki tylko. No takie to bidne było.

Myślę, że powrót do normalności, jakakolwiek ona by miała upośledzona nie być, bo ta nasza nie była idealna, zajmie nam jeszcze trochę czasu. To było bardzo trudnym okresem dla właścicieli klubów, którzy zmagali się, no z mega lipą. Nie ma jak wytłumaczyć tego, co się wydarzyło w zakresie działalności podmiotów takich jak knajpy, jak zespoły muzyczne, jak branża usługowo-rozrywkowa, eventowa i tak dalej. To dotknęło ludzi tak fest, solidnie. Tak zwana pomoc, która gdzieś tam się w mediach objawiała, nie jest żadnym panaceum na bolączki tego świata. To nie tak powinno wyglądać. Ja nie jestem kimś, kto powie, jak powinno, bo tak jak mówiłem, czują się coraz bardziej bezsilny i bezradny. Stąd ten pesymizm. Ale to nie chodzi o pesymizm życiowy, tylko o pesymizm taki analityczny i dlatego myślę, że to po prostu trochę potrwa. 

Mam znajomych, którzy musieli pozamykać knajpy, mam kapele znajome, które musiały iść do roboty i traktować to, co robią albo jako hobby, albo w ogóle to olać. Idą na etat i nagle ZUS jest zapłacony, nagle kasa się zgadza i wcale nie są nieszczęśliwi niektórzy muzycy, naprawdę.

No ale jest to trudny bardzo czas. Mam nadzieję, że go wszyscy przetrwamy, że się nie oddalimy za bardzo od siebie, że będziemy potrafili jeszcze czerpać przyjemność z wspólnego przebywania w licznym gronie (śmiech)

To jest chyba ta wiadomość, którą sobie zostawimy na koniec.

Dokładnie, obyśmy się nie oddalali od siebie.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.